sobota, 29 sierpnia 2015

Boso przez Rumunię... cz.2






Dzień ósmy.
- Gdzie jedziemy? - pyta Mia
- Na camping Mia - odpowiada młodsza siostra.
Rozkoszne rozmowy dziewczyn zajęłyby całą książkę, gdybym odważyła się ją napisać.
W ciągu całej podróży mnóstwo razy przewijały się hasła " jedziemy do Lumuni na wakacje Mia", "jedziemy do babci?", a spotykając po kilku dniach pierwszy raz polaków, zdziwiona Mia pyta: "a czemu oni mówią tak jak my ?"
Oczywiście,że jechaliśmy na camping. Tym razem dotarliśmy do miasteczka Murighiol w delcie Dunaju i w przeciwieństwie do zeszłej nocy, pól namiotowych do wyboru, do koloru.
Kierując się na "Camping Lac Murighiol" zaczepił nas sympatyczny rumun obwieszczając, że jego oferta jest o wiele lepsza niż ta, na którą się kierujemy.Skuszeni, pojechaliśmy zobaczyć propozycję.
Pole rzeczywiście śliczne, ale już przy bramie zostaliśmy dosłownie osaczeni przez kolegę, który najpewniej miał za zadanie usidlić potencjalnych wczasowiczów opowieściami o oferowanych wycieczkach po delcie i okolicach.Ceny kosmiczne, a natręctwo kolegi sprawiło,że uciekliśmy tak szybko, jak tylko udało nam się wejść w słowo, między jedną oferowaną wycieczkę, a drugą...
Nasz pierwotny kierunek okazał się tym słusznym i w bardzo spokojnej i niewielkiej wsi spędziliśmy dwie noce - z czego zawsze byliśmy dumni, myśląc o spokoju i relaksie naszych dzieci.
Samochód nieruszony, ale rowery były. Lody, arbuzy, proste, ale jakie pyszne obiadki i te bose stopy dziewczyn - jakże nie kochać życia?
Przemko nie mógł przeżyć, że odpuściliśmy wycieczkę łódką po Delcie, ale jakoś nie mogłam wyobrazić sobie Niny, podróżującej choćby pół godziny takim chwiejnym środkiem transportu, bez prób kąpieli, złapania w ręce rybki...itd itd


tuż przy campingu

baza nr 5

takie chatki na wiosce




ot i plac zabaw przy blokach się znalazł..


wzięły krzesełka, usiadły i bawią się w strażniczki



10 sierpień i 10 dzień podróży. Kierunek - morze! Dziewczyny wpadły w taki tryb, że sporo przed naszą gotowością do wyruszenia dalej, one siedziały juz zapięte w fotelikach. To przekonywało nasze sumienia, że one naprawdę lubią podróżować.
Rumuńskie wybrzeże nie jest dla wszystkich...przejechaliśmy całe i byliśmy przerażeni brzydotą i industrialnością, jaka jawiła sie przed oczami.Nieco przygnębieni, docierając do ostatniego przed granicą z Bułgarią campingu, poddaliśmy się, stwierdzając, że pole genialne, ale może gdyby cofnąć nasze metryki o kilka lat wstecz..
Nie zastanawiając się długo, ruszyliśmy do Bułgarii...marząc o spokoju i przestrzeni dla dzieci, trochę błądziliśmy tam i z powrotem w nadziei na jakiś sensowny nocleg.
Bułgarskie miasteczka blisko granicy niewiele różniły się od tych rumuńskich.
Ale warto było błądzić, bo to właśnie tutaj z cudną panią od arbuzów, chodziłam po polu pełnym zielonych "piłek", a dziewczyny dostały od niej, każda po jednym malutkim arbuzie i melona.
Były wniebowzięte. A my razem z nimi.
Padło na camping "Cosmos". Nazwa adekwatna, zależnie kto co wyobraża sobie pod tym pojęciem, ale kosmos był, nie mogliśmy uwierzyć, że tak oderwane od rzeczywistości pole namiotowe pokryte jest szczelnie przyczepami campingowymi i namiotami, głównie rumuńskimi.
Podróże dlatego są piękne, bo poznajemy różnorodność.
Zdjęcia pewno nie zobrazują wam dobrze klimatu, ale było oldschool`owo. Dosłownie.
Spędziliśmy tam jedną noc, plażowanie i szybką ewakuację. Tym razem obeszliśmy prysznic szerokim łukiem i kąpiel przypadła nam wodą co najwyżej letnią, z naszego podróżnego prysznica.
Uciekamy na rumuński camping, który oglądaliśmy wczoraj, ten rzekomo dla bezdzietnych ;p



strach się huśtać





przypadkowa kąpiel Ninki

kąpiel..


nasz hotel


na tym piecu kończyliśmy obiad kiedy w butli skończył nam się gaz...

dziewczyny pierwsze gotowe do drogi, bałagan jako stała część programu


"Camping Sandalandala" w miasteczku Vama Veche - polecamy z czystym sumieniem każdemu! Na wejściu VW ogórek i już czuliśmy się jak w domu :) Tuż przy plaży.
Samochód trzeba było zostawić na parkingu, więc wzięliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy i rozbiliśmy namiot, postanawiając, że przez najbliższe dwa dni będziemy stołować sie w "kajpach", jak to mówi Nina. Piękne i klimatyczne pole namiotowe, cudowna knajpo/restauracja, hostel klimatyzowany w ogromnym, białym namiocie, świetny design i generalnie miejsce jakoś niepasujące do Rumunii. Jedyne co dało nam popalić to dwie w połowie tylko przespane noce, bo muzyka z nadplażowych knajp nie dawała za wygraną do wczesnych godzin porannych.
Świetne dwa dni, plażowanie, kąpiele w ciepłym morzu, jedzenie knajpiane (dwa dni bez gotowania :) i wieczorne pizze w campingowej, genialnej knajpie.Dla dziewczyn specjalnie, pizza z samego ciasta z oliwą z oliwek. 
Po dwóch dniach zamarzyliśmy znów o spokoju i trawie dla naszych bosych dzieci. Dlatego kierunek --> błotne wulkany i totalne odludzie Vulcanii Noroiosi.






nap

umywalki na campingu

to był najładniejszy hostel jaki widziałam w życiu


nasza ulubiona "kajpa"


wanny z poduszkami do odpoczywania, a w tle nasz namiot


kolacyjka

Mia czeka na swoją pizzę


Okąpani w morzu, jesteśmy gotowi do dalszej drogi. Stęskniliśmy się trochę za naszymi obiadami, a dziewczyny za płatkami z mlekiem, toteż bez żalu wyruszyliśmy dalej w dzień 13.
Ok.16.00 dotarliśmy na błotne wulkany, o których powiedzieli nam spotkani wcześniej polacy.Nie wiedzieliśmy, że wogóle cos takiego znajduje się w Rumunii, więc szczęśliwie się udało, bo miejsce wyjątkowe.
Właściwie niewiele poza atrakcją wulkanów, które autentycznie pluły błotem, tam było. I to właśnie było piękne. Trochę się początkowo wystraszyłam, bo jak się zorientowaliśmy, że poza nami nie było wkoło absolutnie nic ( pani z knajpki zamykała o 19.00 i jechała do domu), pomyślałam, że fajnie byłoby jednak, gdyby choć jeden namiot dołączył do naszego osamotnionego obozu.
Na szczęście pojawił się pod wieczór nie jeden, bo najbliższe domy były dobre parę kilometrów od nas.
Miejsce dzikie, piękne i chyba jeszcze nigdy nie doświadczyłam takiego spokoju jak właśnie tam.










wejście na wulkany

dziewczyny nieco zdezorientowane






cudownie wspominam ten obóz

14 dzień przywitał nas deszczem, ale później się wypogodziło.Pojechaliśmy do Sinaia zwiedzić śliczny zamek I króla Rumunii, ale do środka nie wchodziliśmy, nie z dziećmi. Ludzi mnóstwo.
Zaplanowane miasteczka do zwiedzania jakoś nas nie pociągały, woleliśmy te łąki, wsie i swojski klimat, więc prócz jednego miasta, gdzie nocowaliśmy, uciekaliśmy na ubocza.
Po południu ruszyliśmy do Bran, miasteczka ze słynnym zamkiem Drakuli ( nie jest jednak prawdziwy, ten właściwy to same ruiny ).
Tam osiedliśmy na dwa dni, w campingu Vampire, który jednak nie skradł nam serducha.
Zależało nam, żeby dziewczyny odpoczęły od samochodu, więc dwa dni postoju były z góry ustalone.
Do zamku i centrum miasteczka dotarliśmy rowerami, tłumy niesłychane, z zamku wycofaliśmy się szybko, stojąc w "korku" między komnatami..

zamek w Sinaia


Camping Vampire i mała Marysia



po wodę z baniakiem


na zamek Drakuli


na boso, buty nie...

nim uciekliśmy


16 dnia rano wyjechaliśmy na trasę Transfogaraską ( 2000m n.p.m.). Mnóstwo zakrętów już przed doprowadziło Mię do wymiotowania na tyle skutecznego, żebyśmy mięli trudności z opanowaniem wnętrza samochodu. Na szczęście, wybryk żołądka już się nie powtórzył.
Droga trochę przydługawa i wyczerpująca, szczególnie kiedy na samej górze, gdzie trzeba przejechać 800metrowy tunel, utknęliśmy w nim w korku na dobre 40 minut. Moja rzekoma klaustrofobia mocno dawała się we znaki.. ale sytuację ratowała Nina, której rozmowy nagrywaliśmy, pełni z Przemem rozczulenia.
Porządnie już zmęczeni i bardzo głodni dotarliśmy z GPS-em na wieś, gdzie miał sie przed nami ukazać Camping Panorama.A tam ani Panoramy ani niemal żywej duszy.Wkurzyliśmy się nie na żarty, kiedy okazało się, że aż 3 miejscowości mają tą samą nazwę i daleko nam na nasz wyczekiwany z zegarkiem w ręku camping. To nie są miłe niespodzianki, ale na szczęście tata-przewodnik szybko odnalazł się w sytuacji i juz 20 minut później rozbijaliśmy obóz w cudownym miejscu, w niewielkiej wsi Carta, Camping absolutnie godny polecenia :"Camping De Oude Wilg".
Świetna atmosfera, graniczyliśmy z ogródkiem gospodarzy z kurami i świniami z jednej strony, druga strona pola miała za sąsiadów cyganów, którzy ujmowali nas swoją otwartością.
Wieś wyjątkowo zadbana i czuliśmy się tam jak w domu. Postanowiliśmy zostać na dwie noce.


trasa trans


niemiły korek

panoszymy się na polu

cyganie na przeciwko campingu


wypad na lody






wycieczka do Sibiu

łazienki z ozdobami





po deszczowej nocy schniemy

Drugiej nocy dopadł nas deszcz, ale rano wszystko pieknie wyschnęło , więc zapakowaliśmy się i w drogę. Przed nami jedyny camping w środku miasta Sighisoara - Aquaris, z basenem.Pole nie powalało, ale na jedną noc daliśmy radę. Problemem okazała się psująca się pogoda, która nie szczędziła nam wrażeń kiedy ok.20.00 siedzieliśmy w namiocie, zalewanym ogromną ulewą, a nad nami błyski tańczyły z grzmotami nie dając miejsca na wątpliwości - była dokładnie nad nami.
Udało nam się, w połowie bez ulewy, obejść centrum Sighisoary, zjeść kiepski obiad i spokonie dojść do namiotu.
Z deszczem musieliśmy się zaprzyjaźnić, bo nie opuścił nas już do granicy..poddaliśmy się i do domu wróciliśmy 2 noce wcześniej niż planowaliśmy. Prosto z Sighisoary dotarliśmy do Bielska, dziewczyny jak zwykle genialnie poradziły sobie z kilkunastogodzinną podróżą, a my najszczęśliwsi na świecie położyliśmy się do swojego łóżka. I co było dla nas najbardziej zaskakujące po powrocie?
Ta dudniąca w uszach cisza podczas zasypiania...bez brzęczenia koników polnych, pszczczół, gwaru rozmów, bez oddechów dziewczyn.




Mia jeszcze w Carcie na campingu siedziała na drzewie oglądając świnie za płotem, po jakimś czasie babcia zerwała i dała nam garście pomidorów i ogórków - za zdjęciu zielony dowód

po drodze do Sighisoary



Nie dam ci Mia makaronu z księżniczkami...

Sighisoara







                                            Gucia, Przemko, Mia, Nina


                       
                                          



















2 komentarze:

  1. Cudowne przygody! zazdroszczę Wam odwagi dla takiego przedsięwzięcia z dwójką! A ta fota co one biegną boso a w tle góry: MEGA!!!!, normalnie do katalogu podróżniczego. Super!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...